NFZ – dyżur świąteczny – paranoja i żenada

koniec_nfz

Opiszę tutaj taką małą śmieszną (ironia) historię…

Mój synek (zwany dalej Małym M) jak zwykle „wybrał” sobie najwspanialszy dzień na chorowanie – czyli dzień wolny.

Objawy: wymioty, gorączka, wysypka, czerwone gardło.

W takich przypadkach umawiamy prywatnie wizytę i jest po sprawie. Niestety nasza stała pani doktor akurat w tym dniu wyjeżdżała na sympozjum i nie mogła przyjąć Małego M 🙁

Lekko spanikowani aczkolwiek ze zdrowym rozsądkiem postanowiliśmy nie czekać do kolejnego dnia, tylko poszukać fachowej porady zanim się stan pogorszy. Dowiedziałem się, że jest dyżur pediatryczny na Ziemowita. Przyjechaliśmy tam ok. godziny 13 licząc się z tym, że będzie dłuuuuga kolejka. O dziwo – szok! Zero kolejki do rejestracji, zero kolejki przed gabinetem (pediatrycznym, bo do internisty jakaś tam kolejka była). Wchodzimy, jest jakaś młoda lekarka, sprawdza, bada, kontempluje… Diagnoza – wirusówka, jeszcze się drugiej „specjalistki” poradziła i obie się utwierdziły w tym przekonaniu. Gardło czerwone, ale to od wirusówki… Nalegaliśmy na antybiotyk, bo widać było, że angina jest – czego pani „super zajebista znachorka” nie zauważyła.

Po wielkich bojach wypisała antybiotyk: OSPEN, pogadała i odesłała do domu.

W tym miejscu zaczynają się nasze poszukiwania po aptekach, a że aptek w święta jest tylko kilka czynnych, więc zapierdzielamy po mieście z jednej do drugiej. O dodzwonieniu się do nich nie ma mowy, bo wszędzie kolejki i szanowni aptekarze mają gdzieś odbieranie telefonów. Ludzie chuje, nawet nie pozwolą się zapytać czy jest dany lek, aby nie stać w kolejce bez potrzeby – nagle kurwa wszyscy stąją tylko po to, aby się o coś zapytać – masakra. Po czwartej aptece i kilku godzinach jeżdżenia, stania w kolejkach oraz informacji, że OSPENU nie ma w hurtowniach i dlatego są braki – stwierdziliśmy, że szybciej będzie podjechać do tej przychodni i zmienić lek na recepcie. Jak pomyśleliśmy – tak zrobiliśmy. Tutaj kolejne czekanie, źle wypisane recepty, anomalia, przygody itp. Pani „super zajebista znachorka” wypisała kolejny specyfik z listy „białe kruki” czyli DURACEF. Żona nalegała i w końcu NA NASZĄ!!?? odpowiedzialność „super zajebista znachorka” przepisała ZINNAT – coś nam znanego i sprawdzonego.

Niemniej po krótkiej wspólnej konsultacji dwóch rodziców zniesmaczonych sytuacją doszliśmy do wniosku, że nie wykupimy nic i poczekamy do kolejnego dnia, jednocześnie dając ostatnią szansę NFZ-towi i zapisując (przez Internet – wiwat ACZ!) Małego M na wizytę z rana do lekarza pierwszego kontaktu w przychodni (naszej).

Ranek – jedziemy na wizytę. Wchodzimy. Pani doktor w wieku właściwym dla pani doktor i wzbudzająca wrażenie znającej się na rzeczy pediatry. Pytania o objawy, krótka obserwacja, oglądanie ciała, osłuchanie, sprawdzenie węzłów chłonnych, gardła i szybka, oczywista dla pediatry diagnoza – szkarlatyna (lub jak kto woli płonica – tutaj niektórym sprawę wyjaśni wujek GOOGLE). Bez kombinowania i roszady – pani doktor przepisała znany nam i sprawdzony, doskonale działający na Małego M – AUGMENTIN. Jeszcze parę dobrych rad i szczęśliwi poszliśmy do domu, znając trafną diagnozę.

WNIOSKI:

Na dyżurach świątecznych (przynajmniej pediatrycznym) nie ma lekarza pediatry, tylko „super zajebiści znachorzy” – bo który szanujący się lekarz pediatra by siedział marnując wolny dzień?.

Jak masz leczyć dziecko, to lepiej zapłać i idź prywatnie, chyba, że będziesz miał szczęście w przychodni i trafisz na prawdziwego pediatrę – ale to loteria.

ZŁOTA MYŚL:

Państwowa Służba Zdrowia w Polsce, za którą płacimy niemałe pieniądze to jeden wielki CHUJ! Jak potrzeba to nigdy nie pomogą.

Zdrowia wszystkim życzę!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o